Pedagogika Montessori a naturalizm – ciąg dalszy

Pedagogika Montessori a naturalizm – ciąg dalszy

Lipiec 27, 2010

Na blogu Pana D. Zalewskiego oprócz komentarzy pod artykułem, z którym polemizowałem w artykule zamieszczonym na naszej stronie: W odpowiedzi na artykuł Montessori a naturalizm pedagogiczny ukazał się kolejny artykuł odnoszący się bezpośrednio do przedstawionych przeze mnie argumentów: Jeszcze o metodzie M. Montessori.

Poniżej postaram się odnieść do zarzutów Pana Zalewskiego, choć większość znajduje się już w moim poprzednim artykule i nie chcę się tutaj powtarzać.
Dla wyjaśnienia chciałbym na początku sprecyzować z jaką tezą polemizuję. Mianowicie z artykułu P. Zalewskiego odczytałem taką tezę:
———–
J. Rousseau twierdził, że dziecko jest z natury dobre i odrzucił naukę o grzechu pierworodnym propagująć naturalizm pedagogiczny, w którym zakłada, że dziecko zostawione samo sobie, wychowywane swobodnie, nieskażone cywilizacją (chrześcijańską), zakazami, niejako samo z siebie dojdzie do poznania dobra. Taki naturalizm jest odrzucany przez naukę Kościoła Rzymskokatolickiego m.in. w encyklice Divinis illius Magistri. Między Montessori a Rousseau istnieje dużo podobieństw, dlatego pedagogika Montessori jest przeciwna poglądowi chrześcijańskiemu.
————
Ja nie twierdzę, że pedagogika Montessori nie ma nic wspólnego z naturalizmem. Z naturalizmem łączą ją choćby takie zasady (za Wikipedią):
– wychowanie dostosowane do naturalnego rozwoju dziecka
– nauczanie powinno być zindywidualizowane
– nieprzywiązywanie znaczenia do nagród i kar z zewnątrz, poleganie na wewnętrznej motywacji dziecka
– udział uczniów w planowaniu, jak rozłożyć pracę w ciągu roku, aby sprostać wszystkim wymaganiom państwowego curriculum (szkoły podstawowe, gimnazja, licea)
– nauczyciel ma stwarzać warunki do rozwoju potrzeb poznawczych i moralnych dzieci.

D. Zalewski: Ktoś musi mu najpierw wskazać cel oraz namówić lub zmusić do przełamania woli, by zadziałała we wspomnianym kierunku. Takie przełamanie oporu woli wiąże się zawsze z pewnym dyskomfortem psychicznym.

R.Sz.: Jak najbardziej rodzic czy nauczyciel może zachęcać, sam pokazywać, jak się to robi, utrzymywać dom czy klasę w porządku. Widzę jednak duży problem w użyciu przymusu i rygoru, by zmusić dziecko do uczenia się czegoś. Proszę zwrócić uwagę, że pedagogika Montessori w najbardziej rozpowszechnionej formie odnosi się do dzieci w wieku od 0 do 6 lat. Czy da się zmusić 3 letnie dziecko do nauczenia się nazwy kwiatów rosnących w jego ogrodzie? Uważam, że nie, a nawet jeśliby się dało to nie wyobrażam sobie, że takie działania prowadziłyby do zaszczpienia w dziecku entuzjamu do nauki i samodzielnego zdobywania wiedzy (taki przecież też jest cel choćby edukacji klasycznej). Czy da się dziecko w takim wieku zmusić do nauki wiązania butów, wkładania skarpetek, odnoszenia rzeczy po posiłku do zlewozmywaka?
Prosze spojrzeć na to 18 miesięczne dziecko, które przez 45 minut (rozmawiałem z osobą odpowiedzialną za umieszczenie tego video) zakładało i ściągało skarpetkę ćwicząc ważną w nauce dbania o siebie czynność. Czy można zmusić takie dziecko do nauki zakładania skarpetek i przekonać go, że przecież inne dzieci w tym wieku już to potrafią? Zachęta, przypominanie, modelowanie własnym zachowaniem, rozmowa na temat tego, co nam się nie podoba w zachowaniu dziecka, włączenie dziecka w omówienie problemu i znalezienie rozwiązania, zorgranizowanie otoczenia, tak by każda rzecz miała swoje miejsce, to wszystko działania, które Maria Montessori rekomenduje.

D. Zalewski: Upieranie się przy stanowisku, jakoby dziecko samo z siebie miało “wewnętrzną potrzebę sprzątania” jest właśnie typowe dla naturalizmu, a z drugiej jest – mówiąc delikatnie – naiwne.

R. Sz.: I przypomnę jeszcze raz fragment, który P. Zalewski pominął: ‚Dziecko nie jest pozostawione samemu sobie a wręcz przeciwnie. Dorosły ma za zadanie przede wszystkim obserwację każdego dziecka, by dostrzec czym dziecko w danym momencie najbardziej się interesuje, a z czym ma największe problemy. Jedną z ważniejszych dziedzin edukacji, kiedy dziecko jest pomiędzy 3 a 6 rokiem życia są tzw lekcje dobrego wychowania do których należą m.in. umiejętność witania się i żegnania, cichego zamykania drzwi, szuflad itd, mówienia proszę, dziękuję, oferowania pomocy, gdy ktoś jej może potrzebować, przepraszania, dbania o siebie (mycie się, czesanie, czyszczenie paznokci, wydmuchiwanie nosa itd). Lekcje odbywają się poprzez prezentacje, gry i zabawy, ale również poprzez modelowanie tych zachowań przez nauczyciala czy rodzica.
Jak widać z powyższego w idei Marii Montessori dziecko nie dochodzi do poznania dobra samo z siebie.’

D. Zalewski: Przypomnę jeszcze raz zarzut postawiony przez A. Miller praojcowi współczesnej pedagogiki (zarzut ten cytowałem w tekście, ale Polemista jakby go nie zauważył): „Bez wątpienia wolno dziecku robić, co zechce, ale wolno mu chcieć tylko tego, czego wy chcecie, żeby ono chciało – pisze Rousseau. – Nie wolno mu zrobić kroku, którego dla niego nie przewidzieliście, nie wolno mu otworzyć ust, jeżeli nie wiecie, co chce powiedzieć” . Dodam też inny cytat z Emila:“Nie pozwólcie mu [uczniowi – dop. D.Z.] nawet domyślać się, że macie jakąkolwiek nad nim władzę”.

R. Sz.: To napisał Rousseau, nie Montessori. Proszę też spojrzeć na Pana komentarz: ‚Co do odbierania dziecku wolności? Jeśli dziecko źle postępuje zawsze odbieram mu wolność, jestem wtedy „totalitarysto”! Jeśli postępuje dobrze – pozostawiam mu wolność.’ i porównać go z powyższym cytatem Rousseau. Właściwie wszystko zależy od tego, jak Pan interpretuje dane zachowanie dziecka – to przecież Pan ustala, że coś jest dobre, a coś złe i nie pozwoli Pan na nic, co Pan uważa za złe. Czy to jest czyn, czy też słowo to Pan go skwituje aprobatą albo potępieniem. Czy to również wpisuje się logicznie w stary, roussowski schemat (D.Z)? Nie chcę tutaj być w żadnym wypadku złośliwy. Próbuję jedynie pokazać, że operowanie takimi cytatami jest niebezpieczne, jeśli mówimy o edukacji, a nie o manipulacji. Przedszkola i szkoły Montessori zostały zamknięte w Niemczech i we Włoszech w czasie panowania faszystów, a książki Montessori były publicznie spalone. Gdyby pedagogika Montessori była narzędziem do manipulacji, naziści mogliby ją w skutczny sposób wykorzytać do indoktrynowania dzieci.

D. Zalewski: Nie chcę przez to powiedzieć, że własna inicjatywa, entuzjazm w poszukiwaniu wiedzy, jest czymś nagannym. Wręcz przeciwnie, ale równocześnie nie może być puszczony na żywioł. Dziecko nie wie co jest ważne, co dobre, co groźne, czego powinno się uczyć w pierwszej kolejności, a co później. Od tego są nauczyciele i dlatego nie należy polegać li tylko na dziecięcym „spontanie”.

R.Sz.: O tym też już pisałem w poprzednim artykule i powtórzyłem raz jeszcze wyżej (rola lekcji, nauczyciela, otoczenia, zabaw), ale P. Zalewski w zamian przypomniał mi raz jeszcze cytat A. Miller. Z tego, co ja przeczytałem i zaobserwowałem w przedszkolach Montessori to ani dziecko nie jest puszczone na żywioł, ani nie jest manipulowane w sposób o jakim pisze A. Miller i Montessori nie propagowała ani jednego, ani drugiego. Wiem jednak, że jak w każdej edukacji, również pod przykrywką nazwy ‚Montessori’ można przegiąć w którąś stronę. O tym P. Zalewski pisał też w komentarzach: ‚Sztuka wymaga by w takich momentach postępować roztropnie i nie popadać w niepotrzebne ideologizacje.’
Przypomnę raz jeszcze, że pedagogika Montessori najbardziej znana jest w postaci przedszkoli dla dzieci pomiędzy 3 a 6 rokiem życia. Dużo mniej liczne są szkoły podstawowe, gimnazja czy licea (choć istnieją takie). Jeśli chodzi o tak małe dzieci, to trudno mówić o jakimś przymusie nauczania w ogóle. Uważam, że to, co proponuje dla tego wieku edukacja Montessori nie prowadzi do rozpuszczania. Dziecko uczy się obowiązkowości i pilności: dbania o siebie (ubieranie się, mycie się, czesanie się, mycie zębów), dbania o swoją klasę (podlewanie kwiatów, sprzątanie, roboty w ogrodzie, mycie okien, pranie fartuszków, przygotywanie posiłków, nakrywanie do stołu), pomocy innym, skupienia się na wykonywanym zadaniu (to jedna z najistotniejszych cech pedagogiki Montessori, a wręcz można powiedzieć, że Montessori definiuje skupienie i koncentrację jako warunek konieczny, aby to wszystko, co wydaje się tak nierealne dla nas dorosłych (chęć sprzątania, radość z podejmowania wyzwań, spokój i uporządkowanie, samodyscyplina) mogło w ogóle nastąpić. Czy to naprawdę mało jak dla dziecka w wieku 3 do 6 lat? Czy to nie daje świetnej podbudowy do tego wszystkie, co następi później?
Jeśli chodzi o dalsze etapy nauki tutaj pedagogika Montessori też nie proponuje ‚dziecięcego spontanu’ i zabawy tylko nad tym, co dziecko interesuje. Istnieją przecież państwowe wymagania dla każdego rocznika i uczeń musi je opanować, aby przejść do kolejnej klasy. Uczeń jest informowany o tych wymaganiach przez nauczyciela, a także razem z nauczycielem i pod jego przewodnictwem każdy uczeń wypracowuje plan pracy na dany okres, tak by w ciągu roku opanować cały materiał. Raczej nie zaleca się tradycyjnego zadania domowego polegającego na przynoszeniu do domu zadań ze szkoły. W ramach zadania domowego zachęca się ucznia do dalszego odkrywania zagadnień, na które nie starczyło czasu, na zaangażowanie w życie rodzinne i sąsiedzkie. Więcej na ten temat pisaliśmy w artykule Dlaczego w klasach Montessori brak zadań domowych.

D. Zalewski: W tej sytuacji nie zawaham się napisać, że metody oparte na “swobodzie” są zorganizowanymi systemami rozpuszczania dzieciaków. Czego konsekwencje widoczne są w naszych szkołach i w ogóle życiu społecznym.

R.Sz.: Zgadzam sie z Panem.

D. Zalewski: D.Z.: Autor zapomina o jednej podstawowej sprawie, żeby korzystać z wolności trzeba mieć wypracowane cnoty: posłuszeństwa, mądrość, roztropność, umiarkowanie, męstwo itp. Wolność nie jest sprawnością moralną (jak sugeruje w tym fragmencie M.M.), której w dodatku trzeba się nauczyć, ale to stan zdolności do dokonywania określonych wyborów. Posiadając cnoty – będę dobrze wybierał.

R.Sz.: Jeśli chodzi o cytat: ‚robienie, co sie chce niekoniecznie czyni nas wolnymi. Wolnymi czyni nas robienie rzeczy dobrych.’ to chciałem pokazać, że przynajmniej z tego, co ja zrozumiałem Montessori pisząc o wolności nie ma na myśli rozpuszczania, przyzwalania na wszystko itd, o czym pisałem już w poprzednim artykule i jeszcze raz szerzej opisywałem powyżej.
Zgadzam się z Panem, że ‚Wolność nie jest sprawnością moralną (jak sugeruje w tym fragmencie M.M.), której w dodatku trzeba się nauczyć, ale to stan zdolności do dokonywania określonych wyborów. Posiadając cnoty – będę dobrze wybierał.’
Uważam jednak, że w pedagogice Montessori praca nad cnotami: posłuszeństwa, mądrości, roztropności, umiarkowania, męstwa itd. jest obecna i jest bardzo ważna. Podkreśla się takie sprawy jak choćby potrzebę wykonania rozpoczątego zadania od początku do końca (nie porzucania pracy w połowie) oraz spraw o których pisałem już powyżej. Znów proszę zauważyć, że tyczy się to również dzieci poniżej 6 roku życia.
Byłbym bardzo wdzięczny P. Zalewskiemu za linka do istniejącego już artykułu (po polsku lub angielsku), albo nowy wpis dotyczący pracowania nad cnotami z małymi dziećmi poniżej 6 roku życia, bo bardzo mnie ten temat zainteresował.

D. Zalewski: Hasła w rodzaju “wychowania do wolności” są jak widać w środku puste. Montessori je podnosi, bo płynie w wolnościowym nurcie pedagogiki. Dlatego wszelkie dywagacje o wolności i dyscyplinie jako dwóch stronach tej samej monety są w powyższym kontekście pozbawione sensu.

R. Sz.: Jak najbardziej Montessori można zaliczyć do nurtu wolnościowego pedagogiki, ale myślę, że głównie ze względu na fizyczne uwolnienie ucznia ze ‚szkolnej ławki’. Czytając jednak książki Montessori i składając to wszystko w całość odniosłem wrażenie, że Montessori chce uwolnić dziecko ze ‚sztywnej ławki szkolnej’, która była ‚usprawniana’, by dziecko było w niej coraz bardziej uziemione, aby właściwie nie miało pola do jakiegokolwiek ruchu. Stąd mowa o przeciwstawianiu się robieniu z dzieci ‚paralityków’.
Czuję jednak, że to spokrewnienie pedagogiki Montessori z innymi z tego okresu przyniosło duże niezrozumienie dla tego, co Montessori chciała przekazać mówiąc o ‚wychowaniu do wolności’. Ja czytając jej książki odniosłem wrażenie, że Montessori pisała właśnie o kształtowaniu w dziecku cnót, które pozwolą mu w sposób dobry korzystać z wolności (i w taki sposób wykorzystuję również pedagogikę Montessori w domu czy w pracy z dziećmi). Może to tylko moja nadinterpretacja, ale widzę, że pedagogika Montessori daje ku temu możliwości (te o których pisałem już na początku, a które ciągle powtarzam).

D. Zalewski: Można podziwiać zapał Autora w obronie systemu Montessori, który to system niemal w każdym punkcie znajduje wspólne odniesienia do naturalizmu pedagogicznego. Dotyczy to również kwestii kar i nagród. Jeśli odejście od kar nie jest wymysłem Montessori, ale znowu wynikiem jej “obserwacji”, to ciekawe dlaczego podobne obserwacje miał Rousseau, Tołstoj, Dewey i całe tabuny modernistów i postmodernistów. Można posługiwać się różną, karkołomną argumentacją, ale u podstaw zniesienia kary u naturalistów leży po prostu wiara w to, że jedyną dopuszczalną sankcją jest kara naturalna, czyli powstała w wyniku błędu wychowanka (upadek, skaleczenia itp.).

R. Sz.: Odrzucenie przez Montessori kar i nagród jest oczywiście cechą wspólną z pedagogiką naturalistyczną i nie ma tutaj czemu zaprzeczać.
Ja w swoim poprzednim artykule napisałem, jak Montessori opisuje porzucenie systemu nagród i kar w klasie. Te kary i nagrody to raczej odpowiednik dzisiejszych ocen i ja przynajmniej tak to traktuję. Nie mam potrzeby oceniania w skali od 0 do 5 wszystkiego, co robią dzieci. Często wystarczy, że powiem: ‚to naprawdę wymagało wiele pracy’, ‚to nie było łatwe’ i uważam, że jest to znacznie lepsze niż stawanie w roli wyroczni, która stwierdza, że ten rysnek to jest na ‚5’, a ten na ‚3’. Jedną z ważnych cech materiałów Montessori jest tzw. kontrola błędu. Dziecko po skończonej pracy samo może sprawdzić, czy dobrze ją wykonało, a jeśli nie to może powtórzyć ćwiczenie wielokrotnie – rozwija to w dziecku umiejętność samokontroli i doskonalenia siebie, zachęca do powtarzania i przyswajania wiedzy.

D. Zalewski: Jeśli zaś chodzi o nagrody, to obserwacja, że dziecko nie potrzebuje pochwał czy ocen zewnętrznych, a tylko zadowolenia wewnętrznego, zostało zaobserwowane chyba tylko w szkołach montessoriańskich i im zbliżonych ideologicznie. Cała psychologia (nawet ta współczesna, za którą nie przepadam) zwraca uwagę na znaczenie akceptacji grupy czy generalnie osób trzecich. Twierdzenie, że dzieci nie potrzebują pochwał kłóci się też ze zdrowym rozsądkiem – mam swoje dzieci i wiem, że to nieprawda.

W pedagogice Montessori pochwały występują, tak jak i obecna jest w dzieciach potrzeba akceptacji przez grupę czy nauczyciela. Warto jednak zaznaczyć, że nieustanne chwalenie może doprowadzić do uzaleźnienia dziecka od akceptacji osoby trzeciej czy grupy. Znów potrzebna jest tutaj roztropność. Ja wolę chwalić za włożoną pracę, za elementy, które zostały poprawione w stosunku do tego, co było dotychczas. Nie przerywam też dziecku jego zajęcia niepotrzebnymi pochwałami, które tylko rozpraszają i demobilizują, zawstydzają. Jestem krytyczny wobec technik tzw. ‚wzmocnienia pozytywnego’. Dziś bardzo często słyszy się mnóstwo niepotrzebnych pochwał: ‚o jak pięknie się huśtasz’ (mama popycha na huśtawce dziecko, które samo nie potrafi się jeszcze huśtać), ‚grzeczne dziecko’ (znaczy się często ciche i nie sprawiające nam problemów), ‚wspaniale’, ‚świetnie’, ‚super’ i cała masa innych stwierdzeń wypowiadanych w każdej sytuacji (np. gdy dziecko z ochotą zjada obiad, tak jakby to nie było coś naturalnego, że dziecku może się chce jeść i je z ochotą).

Problem grzechu pierworodnego

Jeśli chodzi o zarzut odrzucenia przez Montessori nauki o skutkach grzechu pierworodnego to wciąż jeszcze szukam źródeł. Na dzień dzisiejszy mogę napisać, że Montessori sama zaprzeczała temu oskarżeniu (poniższego cytatu używałem już w komentarzach) :
Jednak najbardziej dokuczliwą stawała się dla niej nieustająca walka z filozofami i duchownymi, przypisującymi jej różne opinie. Jedną z tak „dodanych” i powielanych opinii, spotykanych również w polskiej literaturze, było stwierdzenie, iż M. Montessori jest kontynuatorką J. J. Rousseau, a zatem zgadza się z jego tezą, że „wszystko w człowieku jest dobre, ale wszystko się niszczy w kontakcie ze społeczeństwem”…Twierdzono, że to, co J. J. Rousseau opisał w książce, M. Montessori miała wprowadzić do szkół. Autorka ta skarżyła się, że w osobistej konfrontacji nigdy nie akceptowano jej wyjaśnień i argumentów.‚ (za: Barbara Surma, Pedagogika Montessori – podstawy teoretyczne i twórcze inspiracje w praktyce).

W swej książce ‚The Child in the Church’ (Dziecko w Kościele, rok 1930) Montessori pisze: pomimo nieuporządkowania moralnego wniesionego przez grzech pierworodny, w ludzkiej naturze wciąż pozostaje ogromny potencjał do czynienia dobra (tłumacznie własne z angielskiego: in spite of the moral disorder brought about by original sin, there still remains in human nature a great potentiality for goodness).

Powinowactwo

D. Zalewski: Nie chodzi o bezpośredni związek z Rousseau, ale o “przepływ” oraz “powinowactwo” idei.

R. Szczypka: „Powinowactwo” i „przepływ idei” można łatwo udowodnić w prawie każdym przypadku.
Proszę choćby zwrócić uwagę na to, że edukacja klasyczna nie powstała od zalążka w świecie chrześcijańskim, ale została adaptowana, a jej początki sięgają do starożytnej Grecji i Rzymu i postaci takich jak Marek Terencjusz Warron (116 p.n.e.- 27 p.n.e.), Marcjanus Kapella (IV – V wiek), który dokonał podziału nauki na siedem sztuk wyzwolonych, czy Petrus Ramus (1515 – 1572, francuski humanista, anglikanin), którymu przypisuje się usystematyzowanie edukacji klasycznej. Dlaczego takie „powinnowactwo” edukacji klasycznej z autorami pogańskimi czy niekatolickimi nie staje się ‚fundamentalną kwestią przy ocenie tego nurtu pedagogicznego’?

Pisze Pan: ‚Jednak religijność Montessori nie zmienia faktu, że wychodzi Ona z błędnej koncepcji filozoficznej. Odnosi się wrażenie, że jej postawa jest analogiczna do postawy modernistycznych teologów, którzy bazując np. na kantyzmie próbowali rekonstruować teologię. Tutaj mamy do czynienia z czymś podobnym. Autorka wychodzi z naturalizmu, próbując go ochrzcić. ‚

Robiąc ten powyższy wywód nie chcę stwierdzić, że edukacja klasyczna nie jest zgodna z nauczaniem Kościoła Rzymskokatolickiego. Chciałem jedynie pokazać, że jednak można adaptować coś, co u swych początków było pogańskie i uczynić to chrześcijańskim i nie uważać kategorycznie, że w ‚praktyce jest to budowanie na kruchych fundamentach’. Dlatego według mnie posiadanie paru cech wspólnych z naturalizmem nie wprowadza podziału pomiędzy edukację chrześcijańską, a pedagogikę Montessori. Należy się oczywiście trzymać zdrowego rozsądku.

Moje przemyślenia i poszukiwania

Chcę tutaj podziękować p. Zalewskiemu za te artykuły, ponieważ zmobilizowały mnie poraz kolejny do przyjrzenia się paru sprawom, pozwoliły mi popatrzeć z większym zainteresowaniem na edukację klasyczną.

Większość książek Marii Montessori przeczytałem po angielsku i zrobiłem to zanim trafiłem na dyskusje na temat New Age, modernizmu, postmodernizmu, ‚nowej edukacji’ itp i zapoznałem się trochę ze słownictwem i terminami używanymi w tych ruchach. Kiedy trafiałem np. na wyrażenie ‚wewnętrzny nauczyciel’, ‚wewnętrzny przewodnik’ (z ang. ‚inner guide’) zawsze interpretowałem go jako głos sumienia w dziecku, łaskę Ducha św, która oświeca każdego ochrzczonego, by podążał ku światłości. Z resztą Montessori taką interpretację podaje również sama w książce ‚Absorbent Mind’, ale nie czyni tego w każdej swojej książce. Termin ten łatwo można również odnieść do terminologi New Age. Podobnie rzecz ma się z takimi wyrażeniami jak ‚edukacja kosmiczna’ – może to być wyrażenie kojarzone z New Age lub też ogólne pojęcie na połączenie takich przedmiotów jak geografia, ekologia, astronomia, wpływ działań człowieka na środowisko, ‚edukacja dla nowego świata’ – tytuł książki opublikowany w 1946 r., tuż po II wojnie światowej, bo czyż wtedy nie można było marzyć o nowym świecie? Można też ten termin łatwo znaleźć w terminologii New Age.

Przykłady można mnożyć i dla mnie rzeczywiście wyrażenia te stały się niepokojące. Wracając do książek Montessori dostrzegam je teraz znacznie wyraźniej.

Jednak całościowy obraz tego, co proponuje Montessori w swojej pedagogice, jaki stworzyłem sobie po przeczytaniu ponad dziesięciu jej książek, a także wielu opracowań innych autorów wydaje mi się bardzo zdroworozsądkowy i dobry, nie mający sprzeczności z chrześcijaństwem i nauczaniem Kościoła Rzymskokatolickiego. Proszę spojrzeć choćby na artykuły na temat Katechezy Dobrego Pasterza na portalu Deon.pl prowadzonym przez OO. Jezuitów.

Jest też konferencja O. Posackiego SJ pod tytułem Edukacja, terapia czy inicjacja. Pedagogika a koncepcje New Age i Next Age, gdzie w opisie książki możemy przeczytać ‚W czasie sesji podejmiemy i wyjaśnimy kontrowersje wobec takich koncepcji związanych z pedagogiką i edukacją jak kinezjologia edukacyjna, pedagogika waldorfska, metoda pedagogiczna Montessori, metody relaksacyjno-koncentrujące, techniki autosugestii i autohipnozy, Metoda Silvy dla dzieci, praca z wyobraźnią według C.G. Junga (mandale dla dzieci), superlearning i wiele innych.’
Jednak słuchając konferencji dowiedziałem się, że O. Posacki mówi w Podsumowaniu, bardzo krótko, że nie miał jeszcze czasu przyjrzeć się pedagogice Montessori wystarczająco, jest w trakcie badań. Mówi, że wie, że Montessori spędziła część swojego życia w Indiach i prawdopodobnie była pod ogromnym wpływem hinduizmu i jest w pedagogice wiele wpływów niepokojących m.in. pojęcie świadomości kosmicznej, pojęcie kontynuowania Bożego stworzenia – zbyt duży rozmach, który nie jest do końca naukowy. Ponadto opowiada o przypadku dziecka, które tak bardzo było pod wpływem pedagogiki Montessori, że nie poddawało się już wychowaniu. Mówi jeszcze, że po przeglądaniu stron internetowych na pierwszy rzut oka rzeczy niepokojących nie widać, ale to być może jest gdzieś tam ukryte.

To co ja mogę zarzucić Montessori to jej dążenie do bycia zbyt uniwersalnym, co można zauważyć choćby w przytoczonych wyżej zwrotach, a także odejście od naukowego stylu pisania książek przez używanie zbyt wielu niepotrzebnych metafor, wyolbrzymień. Styl w jaki napisała swoje książki jest również mylący, bo Montessori jakby w pewnych fragmentach czy nawet książkach rzuca hasła, jak choćby ‚wychowanie do wolności’, ‚oswobodzenie dziecka’, a w innym miejscu uzupełnia na czym to ma polegać. Np w jednej książce opisując zadania nauczyciela wskazuje na oswobodzenie dziecka i zajęcie się przygotowaniem otoczenia, unikanie przerywania dziecku, a dopiero w innym miejscu wyjaśnia, że odnosi się to do dzieci, które już rzeczywiście potrafią się samokontrolować. Dowiadujemy się wtedy, że dopóki dzieci nie nabędą umiejętności koncentracji na wykonywanym zadaniu, biegają bez namysłu, robią bałagan, itd wtedy nauczyciel nie powienien bać się przerywać tego, co dziecko robi, zwracać mu uwagi, odizolowywać od grupy na jakiś czas, ograniczać jego wolność trzymając go blisko siebie.
W miarę jak dziecko będzie nabywać cnót, o których P. Zalewski pisze, będzie potrafiło przyjąć na siebie więcej wolności, co oznacza również więcej obowiązków.

Zastanawiając się nad tym jakby opisać taką esencję, na której pedagogika Montessori jest oparta myślę, że przede wszystkim należy tu wymienić dążenie do tego, by dziecko zaczęło się koncentrować na wykonywanym zadaniu i rzeczywiście pracować – taka praca nie jest możliwa wtedy, kiedy dziecko jest tylko ciekawe danej rzeczy czy materiału, bo zwykle po krótkim zaciekawieniu dziecko porzuca ją. Taka skoncentrowana i rzeczywista praca możliwa jest, kiedy dziecko wie, do czego dany materiał służy, i dlatego go wybrało (pisał Pan o tym, że wybór jest prawdziwy tylko wtedy, kiedy wiemy co mamy do wyboru).

Drugim ważnym dla mnie aspektem są lekcje ciszy, które pozwalają dziecku na ćwiczenie wielu cnót. Dziecko uczy się panować nad własnym ciałem, jego ruchami, uczy się słuchać i dostrzegać.

Jak już pisałem wcześniej, dla mnie jest to świetne urzeczywistnieniej ‚módl się i pracuj’. To właśnie sprawia, że dzieci stają się zdyscyplinowane, samodzielne, chętne do zdobywania wiedzy, do pomocy innym, a wprowadzając jeszcze Katechezę Dobrego Pasterza zakochują się w Jezusie i nawiązują z nim bliską relację, w okresie swego życia, kiedy więź i potrzeba bycia kochanym są najważniejsze.

Taki właśnie wyniosłem obraz po przeczytaniu literatury na temat pedagogiki Montessori i tak właśnie wyobrażam sobie pedagogikę Montessori w katolickim przedszkolu czy szkole.

Komentarzy: 8 dla “Pedagogika Montessori a naturalizm – ciąg dalszy”

  1. Dariusz Zalewski

    Witam. No cóż, sporo Pan tego napisał, dlatego proszę o czas na przemyślenie i przetrawienie tych treści. Dużo różnych rzeczy robię i nie mogę na bieżąco komentować.
    Tymczasem odniosę się do tematu New Age-Montessori. Przyznam, że specjalnie go nie poruszałem zostawiając niejako „na deser”, być może kiedyś do niego powrócę. Widzę, że Pan również dostrzega ten problem. Zresztą, widzę w Pańskim tekście kilka krytycznych odniesień (wątpliwości?)co do metody M. Montessori. Powiem, że są to w moim rozumieniu dobre owoce naszej dyskusji. Dla równowagi powiem, że dostrzegłem w Pańskim tekście jeden dosyć mocny argument, z którym będę musiał się zmierzyć. Tymczasem proszę o cierpliwość

    Pozdrawiam

  2. Joanna i Rafał Szczypka

    @D. Zalewski
    Dziękuję za szybkie odniesienie się do do artykułu i rozumiem Pana sytuację i potrzebę przetrawienia treści.
    Temat słownictwa używanego przez M. Montessori w jej tekstach i New Age, a także parę innych wątków o których wspominał Pan w swoim artykule M. Montessori – wypisy z biografii zacząłem bardziej badać po wysłuchaniu konferencji o. Posackiego SJ, a także ze względu na pojawiające się pytania innych rodziców. Pańskie artykuły zmobilizowały mnie do próby poskładania w pewną całość tego, co zebrałem do tej pory i zapisania tego.
    Moja krytyka i wątpliwości odnoszą się w głównej mierze do samej osoby Marii Montessori oraz sposobu pisania przez nią książek.
    Nie zmienia to jednak mojego pozytywnego zdania na temat podejścia do dziecka i edukacji, jakie Maria Montessori wypracowała.

    Pozdrawiam

  3. Dariusz Zalewski

    W końcu znalazłem trochę czasu by zająć się odpowiedzią na Pana wpis. W związku z faktem, że nasza dyskusja trwa już jakiś czas, a ja osobiście już dwa razy odnosiłem się do problemu, nawiążę tutaj luźno do kilku kwestii.

    Pierwsza sprawa. Pewne nieporozumienia między nami wynikają stąd, iż pisząc swoją polemikę mam na myśli dzieci starsze, w wieku szkolnym powyżej siedmiu lat. Pan zaś odnosi się do dzieci młodszych (do 6 lat). Nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby dziecko 12 czy 18 miesięczne bić czy coś takiego(to a propos kar). Takie dziecko uczy się głównie przez naśladownictwo.

    Odnosząc się do następującego fragmentu: “Dziecko nie jest pozostawione samemu sobie a wręcz przeciwnie. Dorosły ma za zadanie przede wszystkim obserwację każdego dziecka…itd. ” oraz fragmentu dotyczącego “spontanu”, może będę uznany za monotematycznego, ale nie rozumiem, dlaczego dziecko ma być wychowywane, skoro ono wewnętrznie samo z siebie wie, co ma zrobić. Co do wpisu na temat dzieci sześcioletnich. Pisałem dużo o cnotach, ale nie zajmowałem się konkretnie tym rocznikiem.

    Odnośnie kar i nagród. Dla mnie jest to kwestia fundamentalna. Jeśli odchodzi się od tego, to właściwie rozmywa się wychowanie. Nie przeczę, że doraźnie, w konkretnych sytuacjach może system Montessori przynieść sukces. Dużo tu zależy od charyzmy samego wychowawcy. Gdy nie ma tej charyzmy, to nic z tego nie będzie. Jeśli Montessori się to udawało, to nie znaczy, że będzie to skuteczne w przypadku pani Joli z przedszkola. Dlatego np. zniesienie oceniania nie powinno być ogólną zasadą, pomimo, że może gdzieś zadziałało.

    Sprawa grzechu pierworodnego. Myślę, że M. Montessori była świadoma problemu i dlatego próbowała go łagodzić, mówiąc, że jej system nie stoi w sprzeczności z grzechem pierworodnym. Jednak nawiązując do naturalizmu popadała tu w sprzeczność.

    Co do zarzutu o związkach edukacji klasycznej z pogaństwem i analogicznych związków Montessori z naturalizmem. W tej pozornej analogii istnieje jedna, podstawowa różnica. Otóż, prawdą jest, że np. św. Tomasz z Akwinu nawiązywał do filozofii pogańskiego Arystotelesa. Ale w tej filozofii odnajdował tony prawdziwe, realistyczne. Proszę zauważyć – nie dostosowywał myśli chrześcijańskiej do koncepcji materialistycznych. Bo się nie dały dostosować! Bo były nieprawdziwe!

    Co to wszystko ma wspólnego z edukacją klasyczną. A mianowicie to, że gdy mówię edukacja klasyczna, mam na myśli wychowanie obiektywne, zbudowane na realistycznej wizji człowieka. (Nie muszę mówić, że jest ona katolicka, bo klasyczna, to dla mnie katolicka, w sensie powstała w ramach cywilizacji katolickiej, łacińskiej). Słowem – co innego, gdy czerpiemy z pewnej realistycznej wizji człowieka, nawet pogańskiej, a co innego, gdy czerpiemy z wizji nierealistycznej, czyli naturalistycznej (jak to było w przypadku M. Montessori.)

    Uwaga ogólna. Cieszę się, że zainteresował się Pan, tym, co ja nazywam edukacją klasyczną. Co do Montessori, to z pewnością ma Pan większą wiedzę szczegółową. Tak czy inaczej jest to osoba dla mnie kontrowersyjna. Słyszałem opinię przedszkolanki, która bynajmniej nie znając moich poglądów twierdziła, że po wprowadzeniu elementów metody w jej przedszkolu dzieci “zaczynają się rozłazić”. Trudniej jest zachować dyscyplinę itp. Powtórzę jednak jeszcze raz rzecz dla mnie fundamentalną: pedagogika jest sztuką, tzn. że sama wiedza i znajomość metod nie wystarczy. Ważna jest umiejętność ich wdrażania. Sposoby i sposobiki opracowane przez Montessori mogą być nawet skuteczne w pewnych okolicznościach, ale ogólnie jest to dla mnie system niewiarygodny i ja bym go nie polecał.

    Dziękuję za dyskusję. Na razie wyczerpałem się w temacie Montessori.

  4. Joanna i Rafał Szczypka

    @D.Zalewski
    Dziękuję raz jeszcze, że poświęcił Pan czas na odniesienie się do tego tematu ponownie.

    Ponawiam raz jeszcze prośbę o nakierowanie mnie na artykuły, książki odnoszące się do kształtowania charakteru w dzieciach poniżej 6 roku życia.

    Odniosę się jeszcze krótko do fragmentu: Słyszałem opinię przedszkolanki, która bynajmniej nie znając moich poglądów twierdziła, że po wprowadzeniu elementów metody w jej przedszkolu dzieci “zaczynają się rozłazić”. Trudniej jest zachować dyscyplinę itp.
    I tutaj zaczyna się podstawowy błąd. Nie da się wprowadzić elementów metody w zwykłym przedszkolu i spodziewać się czegoś innego niż rozłażenia się i trudności z dyscypliną. Błąd ten występuje w 90% przedszkoli tzw. Montessori w Irlandii, których nauczyciele o pedagogice Montessori dowiedzieli się na jakimś kursie, spodobały im się materiały i pomysł więc postanowili zrobić u siebie w przedszkolu kącik Montessori i poświęcić na niego trochę czasu w piątek.

    Dużo tu zależy od charyzmy samego wychowawcy. Gdy nie ma tej charyzmy, to nic z tego nie będzie.
    Tu ma Pan 100% rację. Moim zdaniem nie da się prowadzić przedszkola Montessori bez nauczyciela z charyzmą.

    Dziękuję i pozdrawiam
    Rafał Szczypka

  5. Joanna i Rafał Szczypka

    Dodaję link do artykułu, który ukazał się na stronie Deon.pl ‚Sumienie dziecka według Marii Montessori’ http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/wychowanie-dziecka/art,146,sumienie-dziecka-wedlug-marii-montessori.html, bo wnosi on myślę trochę nowych informacji dotyczących podejścia Montessori do wychowania dzieci powyżej 7 roku życia.

  6. Dorota

    Bardzo dziękuję za wspaniałą rozmowę i dyskusję nie tylko o systemie M. Montessori oraz możliwość śledzenia argumentacji obydwu stron.
    Odniosę się do wypowiedzi p. Dariusza Zalewskiego :

    – Słyszałem opinię przedszkolanki, która bynajmniej nie znając moich poglądów twierdziła, że po wprowadzeniu elementów metody w jej przedszkolu dzieci “zaczynają się rozłazić”. –

    Przede wszystkim metoda M. Montessori to system pedagogiczny. Nauczyciel przedszkola, nauczycielka przedszkola ( dla Pana D. Zalewskiego przedszkolanka. Kim zatem będzie mężczyzna uczący w przedszkolu : przedszkolakiem ? ) rozumiejąc założenia systemu nie może wdrażać wyłącznie jego elementów bez logicznego powiązania ich zasadami zabawy, które dzieci poznały już wcześniej. Metod pedagogicznych nie zmienia się jak rękawiczek, a zrozumienie istoty danej metody to nie tylko kurs jak wspomniał Pan Rafał Szczypka, ale staranne przygotowanie nauczyciela wymagające obserwacji, konsultacji i praktycznych doświadczeń. Pedagogika jest sztuką dla wychowawców artystów, a nie dla „przedszkolanek ” i komentatorów, którzy nie znając w praktyce metod, bo nauczycielami nie są usiłują zdyskredytować wszystko co wyrazem jest normalnych poszukiwań i badań kochającego dzieci człowieka.
    Spotkałam się w Polsce z totalną krytyką terapii NLP ( neurolingwistycznego programowania ), szczególnie ze strony osób, które deklarują publicznie swój chrześcijański rodowód. . Aby przyjrzeć się bliżej zagadnieniu, nie buszowałam po internecie, ale uderzyłam do źródła. Kupiłam książkę profesora psychologii i duchowości, karmelity w Papieskim Uniwersytecie Urbaniańskim .
    Luis Jorge Gonzlez w książce – Terapia duchowa – przedstawia techniki NLP w kontekście terapii duchowej na każdym kroku odwołując się do wartości chrześcijańskich. Gdy studiowałam książkę natrafiłam na wykład o. Posackiego SJ ( którego bardzo szanuję ), który wrzucił terapię NLP do nurtu New Age.

    Czy zatem o. Posacki SJ wie o istnieniu o. Gonzaleza OCD ? Czy przeczytał choć jeden wykład na ten temat ? Nie!!

    Czasy w których żyjemy to czasy bardziej komentatorów, mniej poszukiwaczy prawdy. Czasy krytyki wszystkiego co nowe, inne , mniej znane. Niestety, aby coś poznać trzeba dokładnie zbadać, a nie tylko czytać.

    Jaś Kowalski przychodzący do szkoły chce działać, marzyć, odkrywać, chce być dzielny , kochany, rozumiany, ważny, chce się uczyć, chce poznać nauczyciela i być mu posłuszny nie sam z siebie, ale z tej cząstki dobra , która w nim tkwi, a której istnienie być może Montessori opisała niefortunnie.

    Osobiście nie jestem zwolennikiem przyjmowania wszystkiego co nowe i nowoczesne na przysłowiowe ” łapu , capu „. Ale jeżeli ktoś bada rozwój dziecka latami, przygląda się dziecku z szacunkiem, pracuje
    w pocie czoła nad metodą pracy z dzieckiem to spróbujmy go wysłuchać czytając oryginalne jego teksty, nie doczepiając się do słówek. Swoboda aktywność dziecka w dobrze zorganizowanej grupie to też dyscyplina.

    Z wyrazami szacunku dla uczestników dyskusji

    Dorota

  7. Natalia

    Bardzo dziękuję za ten artykuł – niesamowicie cenny i wiele rzeczy mi się rozjaśniło. Jestem na początku mojej przygody z tą metodą i każde przybliżenie prawdy o tej metodzie jest niesamowicie cenne:) pozdrawiam całą Waszą rodzinę i dziękuję za Waszą obecność na Ogólopolskiej Konferencji:)

  8. Jolanta

    Mój synek (2 latka i 7mcy) poszedl 2 miesiace temu do przedszkola Montessori. Bylam zachwycona metoda. Synek jest typem eksperymentatora, ciekawskiego, ruchliwego, doswiadczajacego swiata intensywnie. Jest prawie dwujezykowy i potrafi liczyc i dodawac i rozkrecac budziki :) Pomagal mi zawsze w domu chcac angazowac sie w jego dzialanie. Gadal i dyskutowal ze mna. Jak sie zdenerwowalam i potrafilam podniesc glos, to mowil: mummy, nie denerwuj sie, trzeba rozmawiac, a nie krzyczec :D Jest typem otwartego usmiechnietego i samodzielnego dzieciaka. Po dwoch miesiacach w przedszkolu Montesorri zmienil sie w nerwowego, placzliwego, agresywnego histeryka, ktory znowu siusia w majtki, awanturuje sie na srodku chodnika i rzuca na podloge. I zaczal podnoscic reke na rodzicow i kolegow. Wczesniej nigdy na zadne dziecko w piaskownicy (a mamy kontakt z rowiesnikami codzienny) nie podniosl reki (co dopiero na rodzicow itd). Nigdy wczesniej nie zrobil nam histerii. Nigdy nie byl rozbity emocjonalnie i zaplakany jak w ciagu ostatnich 2 miesiecy. Zaczelam sie przygladac. I to co zobaczylam w Montessori mnie przerazilo. Rozbestwione, rozpuszczone dzieciaki bez autorytetu, towarzystwo zdominowane przez agresorow i rozpuszczone bachory (przepraszam za wyrazenie, ale tak to zaczelam widziec), ktore nie licza sie z nikim i niczym. Po prostu te dzieci nie licza sie z nikim i zniczym, bo sa BEZKARNE. Opiekunowie tylko je prosza i najwyzej wyprowadzaja na wyciszenie. Opiekunowie tutaj sa nikim dla dzieci (co wyraznie bylo widac u 5latkow, ktore powinny wspolpracowac i w pewien sposob pomagac opiekunowi). Te historie o starszych kolegach opiekujacych sie mlodszymi i mlodszych uczacych sie od starszych to MIT!!! Starsze maja w d… mlodszych, jak tylko nikt nie widzi, to popychaja mlodszych, bija itp.. Panie reaguja, ale co to za reakcja- zdanie, ze tak nie wolno i trzeba przeprosic. Dzieciaki robia co chca i sa ROZBESTWIONE. A maluchy walcza o przetrwanie. Nie widzialam (a bylam z nimi na 3 wycieczkach) ani jednego starszego dziecka, ktore pomogloby/zainteresowaloby sie mlodszym! Starsze korzystaly z sily fizycznej by byc z przodu, szybciej, na lepszej pozycji itp. KOSZMAR. Mam mlodsze rodzenstwo. Opieka i odpowiedzialnosc nad nim polegala na mojej aktywnosci i obowiazkach w stosunku do mlodszego rodzenstwa (podawanie posilkow, wkladanie butow, myciu raczek, zabawianiu). W powszechnie szanowanej i rekomendowanej placowce Montessori, do ktorej uczeszcza moje dziecko niczego takiego nie widzialam. Widzialam za to potwory, ktore korzystajac z metody czuly sie bezkarne. I to mnie przerazilo i otworzylo oczy. Moje dziecko w trakcie jednego dnia zostalo narazone 5 razy na fizyczna agresje ze strony swoich wszystkomogacych kolegow. I jedyne co ich spotkalo, to spokojne upomnienie i wymuszone przepraszam. Jestem osoba zwiazana z edukacja. Ponad 20 lat temu pracowalam z dziecmi z tzw. trudnych rodzin i na Boga nigdy nie widzialam takiego rozpasania i braku autorytetu wychowawcow. I to przeraza. Metoda jest nierealna w wykonaniu. Jest utopia. Dziecko musi poczuc negatywne efekty zlych zachowan, trzeba dzieckiem kierowac (np. ma miec obowiazek sprzatania), bo w zyciu nie da sie robic tego tylko, co przychodzi latawo i na co ma sie ochote. Moj synek jest dowodem na to, ze dwulatka mozna nauczyc dodawac i powoli uczyc czytac. Moj synek jest dowodem na to, ze mozna miec frajde ze sprzatania i ze czasem trzeba sprzatac, mimo, ze chce sie inaczej. Ale to ja decyduje kiedy co je (oczywiscie bez wmuszania), bo inaczej maly chodzi glodny, bo jest na tyle maly, ze jak inne sprawy go zaangazuja, to zapomina o posilku i pozniej marudzi z glodu. To ja decyduje, ze idziemy spac, bo on jak sie nakreci to zapomina, ze potrzebuje wyciszyc i nabrac sily do odpoczynku. To ja nauczylam go rozmowy i dialogu. Z Montessori przyniosl wymuszanie i histerie. Drodzy Panstwo: Montessori przeraza swoja wolnoscia i wchodzeniem innym na glowe. Filozofia brzmi pieknie, ale w praktyce nie potrafi okielznac realiow swiata dzieciecego, ktory potrzebuje dyscypliny i porzadku, zeby stworzyc bezpieczny swiat dla rozwoju wszystkich. Pozdrawiam, Rozczarowana Montessori Mama.

Czas na Twój komentarz