Oreste oraz Maria Montessori, Pamiętam ten dzień

Oreste oraz Maria Montessori, Pamiętam ten dzień

Maj 26, 2010
Maria Montessori z dziećmi, rok 1951

Maria Montessori z dziećmi, rok 1951. Zdjęcie pochodzi ze strony Montessori Cenenary

Artykuł opublikowany przez Marię Montessori w The Montessori Magazine, Volume 4, No. 3, Lipiec 1950 r.

Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy odwiedziałam tę klasę, która była zostawiona samej sobie od początku otwarcia szkoły, czyli od trzech tygodni. Znalazłam w tej klasie dzieci niespokojne, zmieszane, a zarazem podekscytowane tymi wszystkimi pięknymi materiałami, które fascynowały na wiele sposobów, ale które nie mogły tych dzieci zaspokoić, ponieważ brakowało zarządzania tym wszystkim przez nauczyciela.

Pośród tego nieuporządkowania znalazł się również nowy chłopak imieniem Oreste. Inne dzieci spędziły już ze sobą w tej klasie rok. Oreste przyglądał się temu wszystkiem z wewnętrznym niepokojem. Był dzieckiem bardzo wrażliwym.

Oreste miał siedem lat, ale jego rodzice nie posyłali go wcześniej do żadnej szkoły, ponieważ obawiali się, że krzykliwe głosy nauczycieli i uczniów, a także podporządkowanie wszystkich temu samemu rytmowi nauki byłoby surowym pogwałceniem jego zadumanej i refleksyjnej duszy. Dopiero, kiedy w ich dzielnicy otwarto szkołę Montessori rodzice z drżącym sercem przyprowadzili tam swojego syna.

Kiedy zaczęłam poznawać te dzieci, odpowiadając na potrzeby wynikające z ich wnętrza, wzrok Orestesa podążał za mną, początkowo z nieznacznym strachem, że moja władza może go dosięgnąć i zniszczyć jego wewnętrzne twórcze życie. Jednak kiedy spostrzegł, że ta władza nie istnieje, oraz że ja po kolei podchodzę do wszystkich dzieci, które potrzebują mojej pomocy i oszczędzając w słowach, z gestami wolnymi i dokładnie przeanalizowanymi wprowadzam każde dziecko w przedsionek naukowych odkryć pokazując jak posługiwać się materiałami, Oreste patrzył z zainteresowaniem, raz na mnie, raz na swoich zdecydowanych, uważnych, szczęśliwych i ciężko pracujących znajomych. Zawsze na tym samym miejscu, Oreste jedynie spoglądał. O nic nie pytał.

W swojej małej dłoni trzymał czarny ołówek i kolorową kartkę, na której od czasu do czasu rysował zamki, góry, morza i pola. Niewątpliwie był małym artystą!

Czy on kiedykolwiek będzie w stanie otworzyć swój umysł, by nauczyć się czegoś formalnego, czego wymaga zwykle od dziecka normalny tryb nauki?

Pytanie to stało się wielkim problemem rodziców Orestesa, którzy czuli się niezdolni, by zmuszać go do takiej nauki, a w tym samym czasie nie chcieli, by stał się kimś odłączonym od rzeczywsitości.

Dla mnie to nie był problem. My, Montessorianie nie mamy problemów przed dziećmi, z ich ciągle jeszcze czystą spontanicznością, istotą czekającą na odkrycie, a raczej nie mamy innego problemu niż próba okrycia w sobie tych siedmiu grzechów głównych, jak choćby gniew, które mogą zaburzyć naszą wrażliwość i uczynić nas niezdolnymi do odkrycia tego światła, które z dzieci emanuje.

Więc dla mnie to nie był problem. Czekałam. Minął tydzień, dwa tygodnie, miesiąc. Oreste przyglądał mi się ciągle z tego samego miejsca. Przyglądał się innym dzieciom, rysował, zapisywał pewne dojrzewające w nim myśli wychodzące z jego małej fantastycznej głowy. Napisał na przykład:
„Na moją małą siostę mówią ‚Rosaluce’. Ale to imię jest zbyt piękne dla kogoś, kto jest tak nieznośną dziewczynką”.

Dosyć łatwo nauczył się pisać i czytać korzystając z szorstkich liter, które zrobiła dla niego jego mama parę miesięcy wcześniej (po tym jak sama usłyszała o tej Metodzie i jej podstawowych zasadach).

Ale wydawało się, że panicznie boi się arytmetyki. Powtarzam: ‚wydawało się’.

Koraliki i pręciki do systemu dziesiętnego

Tak wyglądają produkowane dzisiaj perełki i pręciki, które w praktyczny sposób pomagają dzieciom w zapoznaniu się z systemem dziesiętnym i podstawowymi działaniami. Zdjęcie pochodzi ze strony www.nienhuis.com

Przyszedł drugi miesiąc i pewnego dnia, otoczona grupką dzieci pracowałam powoli i z powagą korzystając z koralików i pręcików. Tworzyłam grupy jedności, dziesiątek i setek. Liczyła: jeden… dwa… dziesięć. Zamieniłam dziesięć pojedyńczych koralików na jedną dziesiątkę (jeden pręcik) i kontynuowałam liczenie pozostałych jedności: jeden… dwa… trzy. A następnie dziesiątek … Obliczenia były ciężkie, długie, szły wolno, ale zdecydowanie dawały dzieciom satysfakcję i radość.

Oreste przyglądał się siedząc przy stoliku obok. Nie obserwował jednak ani mnie, ani jego kolegów, ani nawet tego skrawka papieru, który leżał przed nim. Przypatrywał się tylko moim palcom i koraliką, które były grupowane i zamieniane. Rosło w nim zainteresowanie. Te ‚liczby’, których tak się obawiał i które były dla niego tak strasznie męczące, nagle zaczęły wydawać się fascynujące. Dzięki tym pięknym i naukowym koralikom stały się one rzeczywistością, czymś co można dotknąć. Oreste powstał i podszedł bliżej, a ja kontynoawałam jeszcze wolniej, licząć jedynie i nie dodająć innych słów. Jego twarz zaczynała się rozjaśniać. On również cieszył się tą pracą. Twarz, która dotychczas wydawała mi się zbyt poważna powitała uśmiech radości. W tym momencie chciałam, by zobaczyła go jego matka, która w chwili, gdy przyprowadziła go do nas po raz pierwszy powiedziała z niepokojem: ‚Nie pozwalamy, by brakowało mu czegolwiek czy to pod względem duchowym, czy też materialnym. Mimo to nie jest on szczęśliwym dzieckiem’

To był moment, w którym Oreste był szczęśliwy. Ochoczo przyglądał się, uśmiechał się, jego twarz rozjaśnił promień nieskończonej radości, a kiedy skończyłam, on rozprostował swoją małą rękę, jak czasem robią to artyści, i zapytał z dużym oczekiwaniem w głosie: ‚Mógłbym to zrobić?’

To było to czego chciał w tym momencie. Dałam mu swoje krzesło i stanęłam cicho za nim czując głęboko jego radość i rozważną medytację nad tymi koralikami.

Całkowicie skoncentrowany wykonał całe to ćwiczenie bezbłędnie, a po jego wykonaniu śmiał się tak głośno, że aż sam był zdumiony i rozglądająć sie wokół pytał jakby samego siebie, czy to rzeczywiście on śmieje się w ten sposób.

Zobaczył twarz jednego ze swoich kolegów, który zerknął na niego odrywając się na moment od swojej pracy. Na jego twarzy rysowała się mina rozumnego zadowolenia, a Oreste poczuł się szczęśliwy, że doświadczył takiego szczęścia, które mógł głośno okazać.

A następnie jeszcze raz zaczął pracować z tymi samymi koralikami, jak gdyby tęsknił za tym od dawna.

Rozpoczynał znów i znów przez cały dzień, kolejny dzień, przez cały tydzień, przez cały miesiąć.

Przestał rysować i zmyślać. Ten niejasny niepokój nie pojawił się już, a zastąpiła go wyraźna radość, taka radość, której doznaje ktoś, kto zaspokoi swoje pragnienie, pragnienie o którym wcześniej nawet nie wiedział, kto znajdzie ten brakujący element w swoim rozwoju umysłowym i duchowym.

Kto, jeśli nie jego własna natura, która nieustannie popycha go do podporządkowania się Bożemu planowi, spowodowała, że zaczął ochoczo szukać czegoś, co potrzebował?

Po opanowaniu koralików i pręcików wybierał kolejne materiały z tą samą intensywną i skupioną radością. Dopiero po kilku tygodniach, kiedy jego pragnienie, niezaspokojone od siedmu lat, zostało w końcu spełnione, powrócił do ćwiczeń rozwijających jego wielki potencjał artystyczny, przeplatając je z poznawaniem arytmetyki, a także pozostałych aktywności dostępnych w klasie. W czasie tego roku jednak, zdecydowanie pierwszeństwo zajmowała arytmetyka. Po tym jak opanował do perfekcji pracę z materiałami dotyczącymi czterech podstawowych działań, skierował swoje zainteresowania na wykonywanie ogromnych obliczeń, które zajmowały całą stronę w jego zeszycie. Później były to obliczenia na dwie strony, aż w końcu zostałam zmuszona posklejać parę kartek papieru, aby umożliwić mu kontynuowanie jego nieustannie rosnących obliczeń. W końcu, używaliśmy dużych arkuszy papieru, aby umożliwić zakończenie mnożeń na ogromnych liczbach.

Prawdziwa arytmetyczna eksplozja! W końcu Oreste wrócił do normalnych liczb i zainteresował się ułamkami. Krok po kroku karmił swoją potrzebę używając całego materiału do arytmetyki i geometrii.

Znajdując równowagę, znalazł radość. Umiejętność obserwacji, jego fantazja, dziecięcy uśmiech, a także pogodny humor znajdowały odzwierciedlenie w jego notatkach.

Od własnych szkolnych notatek przeszedł do tworzenia gazety. W rzeczy samej, gazety! Rozprowadzał ją pośród swoich kolegów i mówił do nich: ‚Napiszcie coś, narysujcie coś ładnego. Ja również coś napiszę i wybiorę i będziemy wydawać gazetę.’ Wspólnie pracowali, otrzymywali poprawki, recenzje, pomoc. Oreste zaprojektował okładkę i napisał na niej: ‚Oreste Del Buono – Redaktor Naczelny’. W tym ogromnym dla niego zadaniu mógł i musiał odrzucać, wybierać i gromadzić wszystkie napływające prace, a następnie zszyć wszystko i pokazać ich wspólną pracę mnie. To była praca naprawdę wielkich ludzi. Nigdy nie poprosili o jej zwrot. Dla nich było to czymś, co minęło. Te dzieci zawsze patrzyły w przyszłość. Od razu zaczęły przygotywać drugi numer, a teraz mamy ich już sześć.

Oreste nie jest już w naszej Szkole Montessori ponieważ, w wieku lat jedenastu pozytywnie zdał egzamin państwowy i został przyjęty do ‚Gimnazjum’.

Ogromne i surowe pomieszczenia, czarne ławki i grzmiące z katedr głosy profesorów były raczej trudne do zrozumienia. Oreste jednak nie czuł się zagubiony. Silny i zrównoważony dzięki rozwojowi umysłowemu, duchowemu i moralnemu w zgodzie z Bożym planem, który prowadzi każde dziecko, kiedy dorosły nie stawia przeszkód i nie zaburza go, Oreste choć najmłodszy wśród swoich nowych kolegów, jest najlepszym uczniem wśród pierwszych klas, wyróżniającym się spośród pozostałych uczniów prawdziwą i wielowarstową przewagą. Możemy zapytać: ‚Jest on artystą czy matematykiem? Pisarzem czy naukowcem?’ Poczekajmy, to dziecko zdecyduje.

komentarzy 5 dla “Oreste oraz Maria Montessori, Pamiętam ten dzień”

  1. Joanna i Rafał Szczypka

    Zastanawiam się, czy ktoś z Was słyszał kiedyś o Oreste del Buono?

    Próbowałem wpisywać ‚Oreste del Buono’ w różne wyszukiwarki i sprawdzić, co ten człowiek robił po skończeniu szkoły. Informacje znalazłem jedynie na stronach włoskich i po włosku (nie znam włoskiego więc korzystałem z translatorów), a żadna z nich nie zawierała słowa ‚Montessori’ więc nie jestem pewien czy to co znalazłem jest o tym samym Oreste del Buono, o którym pisze Maria Montessori.

    Może ktoś, kto mieszka na stałe we Włoszech da rade znaleźć coś więcej.

    Wydaje mi się to o tyle ważne, że interesuje mnie, jak potoczyły się dorosłe losy tego chłopca.

  2. Ania Izdebska

    Witam, znam włoski i trochę poszukałam – nie mam pewności, ale wygląda na to, że chodzi właśnie o Oreste del Buono – znanego włoskiego pisarza, dziennikarza, tłumacza i krytyka wydawniczego. W archiwum „Corriere della Sera” znalazłam artykuł o nim, w którym pojawia się siostra Oreste – Rosa Luce (tak jak w tym artykule M.M., a to jest bardzo niespotykane imię we Włoszech, zresztą Oreste też współcześnie nie jest powszechnie używane). Poza tym daty się zgadzają, więc chyba artykuł jest właśnie o tym przyszłym geniuszu. Był bardzo wszechstronny – oprócz działalności literackiej,współpracy z najważniejszymi włoskimi gazetami, tłumaczeń wielkiej literatury, zajmował się też na przykład biografiami takich reżyserów jak Fellini czy Wilder, a nawet tworzeniem komiksów czy pisaniem komentarzy sportowych.
    Rzeczywiście nie znalazłam nigdzie wzmianki, że był uczniem M.Montessori, ale ona sama pisze że uczęszczał do jej szkoły jedynie w wieku 7-11 lat, więc może nie uznano tego za istotny fakt.
    Pozdrawiam i dziękuję za ten artykuł, tą stronę i Waszą pasję:)

  3. Joanna i Rafał Szczypka

    Aniu, serdecznie dziękujemy za Twoje poszukiwania i za ten komentarz!

    Dobrze byłoby znać jak najwięcej osób dorosłych, które jako dzieci uczęszczały do przedszkola czy szkoły Montessori i zobaczyć, jak potoczyło się ich życie, czy edukacja ta miała jakiś wpływ na ich życie i jaki on był.

    Pisaliśmy już, że założyciele Google oraz Amazon otwarcie mówią, że na ich kreatywność wpływ miała przed wszystkim edukacja Montessori.

    Do szkoły Montessori uczęszczała również Anne Frank, żydowska dziewczyna, autorka pamiętnika wydanego później pod tytułem ‚Dziennik Anny Frank’, zmarła w obozie koncentracyjnym po ponad dwuletnim ukrywaniu się w Amsterdamie.

  4. Gosia P

    piękne i wzruszające. pozdrawiam słonecznie Gosia

  5. Ola

    http://www.blog.montessoriforeveryone.com/famous-people-who-were-montessori-kids.html
    – ostatnio wpadłam na ten wpis – tak do tematu sławnych osób dorosłych edukowanych metodą montessori

Czas na Twój komentarz